Hanna Lis

O technologii powstawania tekstów w kolorowej prasie. Odcinek pierwszy

Zwykle nie reaguję na wyssane z palca teksty, które pojawiają się o mnie w kolorowej prasie. Dziś doszłam do wniosku (mocno spóźnionego, sądząc po kolejnej takiej publikacji), że brak reakcji jest przyzwoleniem na kolejne erupcje nieskrępowanej wyobraźni redaktorów niektórych czasopism.

Przed chwilą z telewizyjnej reklamy dowiedziałam się, jakobym zrezygnowała z wyjazdu na ferie z dziećmi. Że jak? Zbliżam się do ekranu telewizora i czytam (na reklamowanej okładce), że w tej "trudnej decyzji" "wspierają mnie mąż i córki". Nie wiem jeszcze, co jest owej trudnej decyzji powodem, i co jeszcze podpowiedziała autorowi artykułu wyobraźnia, bo pisma nie miałam w ręku, ale ten wstrząsający NEWS śmiga już na opiniotwórczych portalach poświęconych życiu celebrytów, dzięki czemu wreszcie i ja mogę poznać źródło moich rozterek.



Na jednym z plotkowisk znajduje anonimową (rzecz jasna) wypowiedź jednego z pracowników TVP (taaaak, jasne ;), który ujawnia, że "sytuacja w telewizji jest teraz dość nerwowa i nikt nie chce podpaść, dlatego nawet takie gwiazdy jak Lis unikają kontrowersyjnych decyzji". Doprawdy wstrząsający news. I te kontrowersje...

A poważnie, wstrząsające w tej historii jest zgoła co innego, a mianowicie technologia pichcenia takich tekstów. No więc przyjrzyjmy się tej wysublimowanej kuchni.

Kilka tygodni temu zadzwonił do mnie (skądinąd sympatyczny i inteligentny) dziennikarz czasopisma z pytaniem, co u mnie nowego, bo czytelniczki chciałyby coś o mnie przeczytać (czytaj: okładki się sprzedają, ergo przynoszą dochód). Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nic. Pracuję, a wieczory i weekendy spędzam z rodziną, czyli jak w polskim filmie: nuda, panie, nuda. Niezrażony tym przykrym wyznaniem dziennikarz drążył dalej, niestety bezowocnie.

Osiągnąwszy niezbitą pewność, że zeznaję zgodnie z prawdą, dzielny redaktor postanowił problem podejść z drugiej, dość nieoczekiwanej dla mnie przyznam strony. Nazajutrz zadzwonił do mnie z radosną informacją, że napisze tekst o tym, co się u mnie NIE DZIEJE.

- A co się nie dzieje? - pytam. - Dziecko się nie dzieje - odpowiada. To znaczy nowe dziecko się nie dzieje, bo jak wiadomo dwie córki już mam.

Miły redaktor miał nawet gotowy pomysł na tytuł "Dziecko będzie musiało poczekać". Nie czekając na odpowiedź, jak długo i dlaczego moje niepoczęte wciąż (ani nawet niezaplanowane) dziecko będzie jeszcze musiało poczekać, zapytałam wprost, czy w tej redakcji już doszczętnie postradano zmysły.

Mój rozmówca odpowiedział zwyczajową mantrą "czytelniczki chcą się dowiedzieć, co u Pani słychać...", czyli z kolorowego na nasze: "musimy sprzedać pismo". Pan redaktor odpuścił, ale jak się miało niebawem okazać, nie na długo. Po paru dniach znów zadzwonił telefon i znów usłyszałam w słuchawce nieśmiertelne "co nowego słychać". Odpowiedź niezmiennie ta sama: NIC. A może jednak coś słychać? NIE. A może na ferie z dziećmi Pani jedzie? NIE. A dlaczego nie? BO CÓRKI JADĄ ZE SWOIM TATĄ. A dlaczego jadą ze swoim tatą? BO CO DRUGI ROK JEŻDŻĄ ZE MNĄ, A CO DRUGI Z TATĄ. Aha - a kiedy Pani pojedzie z nimi gdzieś? W MAJU. A dokąd? MOŻE NA SYCYLIĘ.

Pytam Pana, czy jego zdaniem to taki fascynujący news, na co on szczerze odpowiada, że średnio fascynujący i że tekstu z tego nie będzie. Na koniec rozmowy, dziękuję Panu za zrozumienie, że ferie moich dzieci - czy z tatą, czy z mamą - są sprawą moich dzieci i słuchawkę odkładam zadowolona, że udało się odstrzelić kolejną kolorową okładkę. O święta naiwności...

Po kilku dniach dostaję na maila gotowy tekst z prośbą o autoryzację(?). Przed otworzeniem pliku pluję sobie w brodę, że powiedziałam cokolwiek o czymkolwiek (wyjazd na Sycylię) i otwieram nadesłane dzieło. Dzieło z gatunku science fiction, jak się po chwili okaże. Pan dziennikarz pisze w nim o dylemacie, który musiałam rozstrzygnąć, o trudnej decyzji, o tym, że zrezygnowałam z wyjazdu z dziećmi, bo groziłby utratą pracy, o tym, że sytuacja jest iście dramatyczna i nie mam już czasu dla rodziny. Przecieram oczy ze zdumienia, bo na początku wydaje mi się, że pomylili teksty, że to o kim innym. Przecież to wszystko jest wzięte z sufitu!

Mocno poirytowana (eufemizm) dzwonię do autora tej fantastycznej powiastki i pytam, dlaczego sprzedaje ludziom bzdury. Odpowiedź jest tyleż szczera, co wstrząsająca: redakcja uznała, że "trzeba było podkręcić tekst". Powiedziałam panu dziennikarzowi, że nie zgadzam się na publikację tych bredni i że uprzejmie proszę o przekazanie tego "redakcji".

No cóż. Efekt tej prośby już znamy.

Na kolejnych forach wylewają się żale, że w kraju w którym miliony ludzi przeżywają realne dramaty, tylko kretynka mogłaby decyzję o rezygnacji z wakacji nazwać "dramatyczną" czy nawet "trudną". Pełna zgoda. Tylko tą kretynką nie jestem ja. Podobnie jak nie ja jestem jędzą, która częstowała kolegów z redakcji resztkami z obiadu, czy kazała im wyprowadzać psa (choć kiedy znad ekranu komputera ukradkiem patrzę teraz na kolegę Rześniowieckiego, a chłop jest jak dąb, myśl zdaje się kusząca, jemu by Franz nie podskoczył).

Kończąc obiecuję, że następny tekst będzie o rzeczach ważnych albo najważniejszych (czyli o jedzeniu). Nie daję jednak głowy za to, że kiedyś znów nie ulegnę pokusie odkręcenia tego, co ktoś "podkręcił".

Wracam do roboty, do zobaczenia w Panoramie o 18:00 mam nadzieję. Serdeczności:)

Trwa ładowanie komentarzy...