Hanna Lis

Pobudka

Witam wszystkich po przerwie i przepraszam za przedwczesny (bo rozpoczęty jeszcze jesienią) blogowy sen zimowy. Po posypaniu głowy popiołem czas na podziękowania, które jak psu buda (a PiS-owi Gowin) należą się posłance Krystynie Pawłowicz za to, że wyrwała mnie z przedłużającego się stanu błogiej hibernacji. Wiadro lodowatej wody w fazie głebokiego REM nie należy do przyjemności, ale przyjęłam je z pokorą, a nawet swoistą ulgą, świadoma, że łagodne pobrzękiwanie budzika niewiele by tu wskórało.

To, co 25 stycznia wylało się z mównicy sejmowej, postawiło mnie do pionu. Nie tylko mnie. Podobnego mojemu przebudzenia doświadczyło wielu, bardzo wielu Polaków i choćby za to Krystynie Pawłowicz i całemu jej politycznemu środowisku należy się wdzięczność.

To, co usłyszeliśmy, było szokujące. Tym bardziej szokujące, kiedy dotrze do nas z całą przerażającą mocą tego przekazu świadomość, że występ pani Pawłowicz nie był spontaniczną werbalizacją luźnego strumienia świadomości jednego z wielu posłów na Sejm RP. Owo płomienne przemówienie było przemyślanym i zaplanowanym “oficjalnym stanowiskiem klubu Prawo i Sprawiedliwość”, co jego referentka sama wielokrotnie podkreślała.

Przez kilka godzin myślałam, że może doszło do jakiejś nadinterpretacji, może samowolki. Ale nie. Dementi nie było i nie ma. A skoro nie było i nie ma, proszę sobie uzmysłowić i zapamiętać, że zdaniem Adama Hoffmana zwrot "wspólne pożycie odnoszony w projektach do układów homo nie ma sensu, gdyż w tych relacjach nie ma żadnego pożycia. W tych układach jest co najwyżej tylko jałowe użycie drugiego człowieka traktowanego jak przedmiot”.

Warto wiedzieć, że zdaniem Mariusza Błaszczaka “proponowane związki mają cel czysto hedonistyczny, autodestrukcyjny dla człowieka i partnera oraz członków jego rodziny”. Warto uświadomić sobie, że zdaniem Jolanty Szczypińskiej związki partnerskie mają “na koszt budżetu państwa zapewnić wygodne, łatwe praktykowanie egoistycznych, nieuporządkowanych pragnień”. I wreszcie: miejmy świadomość że według Jarosława Kaczyńskiego ”zjawisko związków jednopłciowych jest sprzeczne z naturą, a projekty są szkodliwe i ekshibicjonistycznie pozwalają obnosić w przestrzeni publicznej skłonności seksualne, czym naruszają poczucie estetyki i moralności większości Polaków”.

Jarosław Kaczyński albo przysypiał na lekcjach historii, albo zdołał już zapomnieć, że jeszcze nie tak dawno temu poczucie estetyki i moralności większości białych Amerykanów naruszały nie tyle nawet związki białych i czarnych obywateli USA, ale samo nawet pojawienie się Afroamerykanina w części autobusu zastrzeżonej dla białych. Nieszczęśliwie dla społeczności Montgomery i “przywiązanej do tradycyjnych zasad“ Ameryki, na jej firmamencie pojawił się w owym czasie szkodliwy burzyciel starego, (dobrego) porządku, który bez zahamowań podniósł rękę na obowiązujące wówczas “poczucie estetyki i moralności większości Amerykanów”. Nazywał się Martin Luther King. To było naprawdę nie tak dawno temu, w 1956 roku.

Czy prezes PiS nie pamięta, że kobiety w świecie zachodnim uzyskały prawo głosu, całkiem niedawno? Wcześniej były go albo zupełnie pozbawione, albo w najlepszym wypadku, zgodnie z zasadami ustanowionymi przez piewców “tradycyjnych rodzinnych wartości” dostępowały zaszczytu udziału w demokracji pod jednym, żelaznym warunkiem: że były mężatkami. Ergo - kobieta zamężna równa się człowiek. Kobieta niezamężna równa się nic. Dopiero wściekła, antyrodzinna, lewacka robota sufrażystek wywaliła stary (dobry porządek) do góry nogami. To było w latach 20. ubiegłego wieku. Całkiem niedawno temu. Obyczajowość, tradycja i wynikająca z nich legislacja, były jeszcze nie tak dawno temu oczywistą oczywistością. Oczywiste było negowanie praw kobiet i narzucanie czarnoskórym apartheidu. A jednak świat się zmienia i to co kiedyś było niewyobrażalnym gwałtem na “naturalnym porządku rzeczy”, dziś jest naturalnym prawem. Prawem, które nikogo nie krzywdzi, nikomu niczego nie narzuca, niczyjej wolności nie narusza, ani krępuje, bo na tym właśnie polega istota praworządności. Jak ktoś kiedyś słusznie zauważył: “twoja wolność wymachiwania ręką kończy się tam, gdzie zaczyna się mój nos”.

Klub Prawa i Sprawiedliwości, a szerzej partia i poplecznicy Jarosława Kaczyńskiego nie tylko dali po nosie, ale publicznie wymierzyli siarczysty policzek dwóm milionom Polaków (przyjmuje się, że społeczność homoseksualna na świecie to od 3-7%, uśredniłam więc do 5%). Bardzo młodych, dojrzałych i całkiem już sędziwych.

Ludzie, których dobrze znam, lubię, cenię i szanuję, usłyszeli, że ich miłość, powtarzam i przeliterowuję: M-I-Ł-O-Ś-Ć jest: bezwartościowa, zła, autodestrukcyjna, jałowa. Że ich emocje i ich związki są szkodliwe i naruszają poczucie estetyki “większości” Polaków (nawiasem mówiąc: prosiłabym, aby środowisko skupione wokół człowieka, który od sześciu lat równie desperacko, co bezwzględnie, jak i na szczęście bezowocnie próbuje odzyskać utraconą po zaledwie dwóch latach jej sprawowania władzę, nie wypowiadało się w imieniu większości, bo to jednak całkowicie nieuprawnione nadużycie).

Przemówieniu pani Pawłowicz przysłuchiwała się młoda dziewczyna, córka mojej koleżanki, która od czterech lat tworzy szczęśliwy związek z inną młodą kobietą.

Przytoczę to, co napisała w mailu do mnie: “w ubiegły czwartek miałam wątpliwą przyjemność obserwować debatę posłów z galerii sejmowej. Przez 7 lat, które minęły od mojego coming outu przed rodziną, nie słyszałam tak ostrych słów skierowanych - pośrednio - w moim kierunku. Uwagi posłanki Pawłowicz o jałowości mojego związku i jego wyłącznie erotycznym charakterze, o mojej bezużyteczności i naruszaniu czyjegoś poczucia estetyki i moralności niewątpliwie bolą. Bolą mimo, że mam wokół siebie kochającą rodzinę i przyjaciół, od których przez ostatnie dni otrzymałam wiele wsparcia. Nie wyobrażam sobie jak krzywdzące muszą być takie słowa dla osób, które tego wsparcia nie mają, ale wydaje mi się, że mogą wywołać ogromną tragedię.”

Mogą i niestety bardzo często, zbyt często niejedną tragedię takie słowa wywołują. Prawie 2/3 polskich nastolatków o orientacji homoseksualnej myślało o samobójstwie. Histerycy/czki? Cioty? Mięczaki?

Zróbmy więc ćwiczenie z wyobraźni. Wyobraź sobie, że społeczeństwo nie akceptuje Ciebie dlatego, że jesteś, kim jesteś. Nie dlatego, że jesteś zabójcą, gwałcicielem czy pospolitym nawet złodziejem, ale wyłącznie dlatego, że kochasz inaczej, niż czyni to tak zwana “większość”? Pomyśl, że ludzie Cię odtrącają, wyśmiewają i poniżają wyłącznie za to, kim jesteś. Za coś, czego nie wybrałeś. Za coś, co jest immanentną cechą Twojej osobowości. Za to, że jesteś po prostu sobą. Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak czuje się człowiek wykluczony? Napiętnowany za swoją “inność”? Wyrzucony poza nawias? Pozbawiony praw, które innym przysługują, a Tobie nie, bo... no właśnie: bo co? Bo jesteś facetem, których kocha faceta, dziewczynką, która miała pech urodzić się w ciele chłopca, czarnym, Żydem, rudym, jąkałą, lewakiem? Katalog odmieńców jest powiedzmy sobie szczerze, potencjalnie dość pojemny.

Kilka dni temu w telewizyjnym studio zapytałam posła PO Jacka Żalka (jednego z tych 46-ciu, którzy zdecydowali o wyrzuceniu wszystkich trzech projektów ustaw o związkach partnerskich do kosza, bez choćby próby poddania ich merytorycznej dyskusji) dlaczego tak zagłosował, a nie inaczej. Zasłonił się 18-tym artykułem Konstytucji RP, a więc zapisem który przyznaje ochronę małżeństwu rozumianemu jako związek kobiety i mężczyzny. W obecności ciężko chorej lesbijki (której poślubionej poza Polską żonie, w odróżnieniu do żony posła Żalka nie przysługuje nawet prawo do podjęcia decyzji o leczeniu, nie mówiąc już o dziedziczeniu po niej) poprosiłam Pana posła, żeby skończył z prawniczymi kruczkami i jak krowie na rowie, vel blondynce, którą bezspornie jestem, wytłumaczył, w jaki sposób przyznanie parom homoseksualnym równych praw mogłoby zagrażać polskiej rodzinie i tradycyjnej instytucji małżeństwa. Że co? Homoseksualizm jest zaraźliwy? W szczególności lubi się rozprzestrzeniać w budynkach Urzędów Stanów Cywilnego? W odpowiedzi usłyszałam znów zdanie rozpoczynające się od “ Konstytucja RP nie pozwala...”.

Kiedyś już na tych łamach zaryzykowałam twierdzenie, że Konstytucja RP jest wewnętrznie niespójna. Z jednej strony szumnie oznajmia, że wszyscy są wobec prawa równi, że wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne i że NIKT nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny. Z drugiej, wyłącznie na podstawie jednego (18.) artykułu poza nawias prawa, bez ogródek i ceregieli wyrzuca kilka milionów obywateli.

Wiem, że są konstytucjonaliści, którzy z całą mocą swojego autorytetu i naukowego dorobku mówią (co wydaje się oczywiste ), że prawa do zawierania związków partnerskich, a nawet cywilnych małżeństw nadrzędna ustawa RP w żaden sposób nie ogranicza. Z drugiej jednak strony mam posła Żalka, który zapewniając, że ABSOLUTNIE homofobem nie jest uparcie, jak nie przymierzając, nietrzeźwy sejmowego płotu, każdą próbę zniesienia homofobicznego, legislacyjnego polskiego apartheidu odpiera formułką “Konstytucja RP nie pozwala”.


Co zatem począć? Moglibyśmy tak jak Niemcy czy Hiszpanie powiedzieć: "Sprawdzam" kierując ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. Zarówno w Niemczech, jak i w Hiszpanii, w których to krajach ustawy zasadnicze podobnie, jak nasza gwarantują ochronę małżeństwu, homofobia przegrała z prawami człowieka.

Kłopot w tym, że Trybunał bierze pod lupę gotowe ustawy, a nie ich projekty, które za sprawą jawnych (Jarosław Kaczyński) bądź kryptohomfobów nigdy nie doczekają się choćby rzeczowej parlamentarnej debaty.

Mam więc prosty pomysł: skoro Konstytucja RP dyskryminuje swoich obywateli ze względu na orientację seksualną (czy z jakiegokolwiek innego powodu), to może po prostu czas zmienić Konstytucję? Obrazoburcze? Amerykańska Konstytucja doczekała się dwudziestu siedmiu poprawek (na mocy których zniesiono między innymi niewolnictwo i zagwarantowano kobietom prawa wyborcze) i jakoś się od tego kraj nie zawalił, co więcej zdaje mi się, że wciąż ma się całkiem dobrze, mimo że od jakiegoś czasu rządzi nim Afroamerykanin?

Polską rządzi ponoć Donald Tusk (wnuczek dziadka z Wehrmachtu, jak głosi obowiązująca w niektórych kręgach trend, który nakazuje prześwietlać do ... nie wiem którego pokolenia wstecz, ale mam wrażenie, że IPN tu już nie wystarczy i trzeba będzie do roboty zatrudnić archeologów). Piszę “ponoć rządzi Polską”, bo pewności mieć nie mogę , skoro nie za bardzo potrafi rządzić własną partią.

Dziś słyszę z ust Premiera, że nie będzie miał oporów, by głosować na Anne Grodzką w wyborach na wicemarszałka Sejmu. Czy to miał być pokaz odwagi? Jeśli tak, to zrewanżuję się podobnie odważną deklaracją: miliony Polaków nie będą miały żadnych oporów, żeby nie głosować na Platformę Obywatelską. Bo jak słusznie ktoś zauważył - partia, która pozwala na wyrzucanie swoich obywateli poza nawias prawa, nie zasługuje ani na hasło “obywatelska” w nazwie, ani tym bardziej na to, by na nią oddać swój głos.

Premier powiedział dziś jeszcze coś: seksualność nie powinna nikogo faworyzować ani dyskwalifikować. To jak mawia klasyk “oczywista oczywistość”. Cieszę się, że Donald Tusk ma takie przemyślenia, teraz czekam na tych przemyśleń owoce, a więc skutki prawne.

Nawet nie po to, by wszystkim “żyło się lepiej”, na początek pozwólcie na wszystkim żyć na równych prawach. Tak, żeby mój przyjaciel mógł wyjść na spacer do parku trzymając za rękę człowieka, którego kocha. Taka, żeby moja koleżanka mogła bez uprzedniej wizyty u notariusza być spokojna o życie, które przez lata budowała wraz z ukochaną osobą. Pozwólmy wszystkim korzystać z tych samych praw, jakie nam przysługują, a o które inni muszą, nie wiedzieć czemu, wciąć żebrać. Tak, żeby nasze dzieci, bracia i rodzice nie musieli udawać kogoś kim nie są, wyłącznie po to by zaspokoić czyjś interes polityczny, bądź sprostać indywidualnym, subiektywnym wyobrażeniom o tym, co jest miłością a co nią nie jest, kto jest rodziną, a kto nie.

Nie mogę głosować na Annę Grodzką w sejmowych wyborach na wicemarszałka, ale będę trzymać za nią kciuki. Bo jest dobrym, uczciwym i cholernie odważnym człowiekiem, który bierze na klatę to całe przeklęte piekło. Nie “polskie” piekło, bo rozmawiając z ludźmi, z moimi przyjaciółmi: les-gay-bi i trans wiem, że Polacy są dziś dalece bardziej otwarci na różnorodność, niż ich pobierający sejmowe diety polityczni reprezentanci. A ci którzy jeszcze nie są, wierzę w to głęboko, otworzą się, kiedy tylko przestanie się zagłuszać ich emocje tym głośnym, choć doskonale jałowym - używając terminologii posłanki Pawłowicz - jazgotem.

Mam wrażenie, że zupełnie nieoczekiwanie i doskonale wbrew własnej woli i intencjom swoich partyjnych mocodawców, 25 stycznia 2013 roku, szeregowa, choć nad wyraz głośna posłanka PiS spowodowała coś, co mam nadzieję zapisze się jako przełom w walce o PRAWA CZŁOWIEKA nad Wisłą. Używam majuskułów celowo, żebyśmy wreszcie przestali zmiękczać i mylić pojęcia. Bo nie o żadne prawa “mniejszości seksualnych” tu chodzi, a o PRAWA CZŁOWIEKA właśnie. Niezbywalne i przysługujące każdemu z nas bez względu na płeć, kolor skóry, wyznanie czy orientację seksualną.

Żyjmy i pozwólmy żyć.
Serdeczności:)

PS. Tym, którzy przymierzają się do skwitowania całego tekstu konstatacją “wyszło szydło z wora, nie o żadne związki partnerskie tu chodzi, a związki jednopłciowe, z góry odpowiadam: nie. Chodzi, chodziło i chodzić będzie zawsze o wolność wyboru dla wszystkich. Kłopot w tym, że dziś na drodze ku fundamentalnym prawom dla ogółu, stanęła otwarta pogarda dla mniejszości. Zmieńmy to, bo czas na zmiany.
Trwa ładowanie komentarzy...