POPULARNE Cukiernik ujawnia prawdę o chemii w ciastkach
Hanna Lis

Witajcie po przerwie:)

Na początek kilka słów wytłumaczenia. Całkiem niespodziewanie odkryłam, że życie kulinarnego blogera jest trudniejsze, aniżeli mi się początkowo zdawało. I nie chodzi tu o słowa i przepisy, ale o to, co czyni blog kulinarny wartym świeczki czy kolacji. Jedna rzecz mnie w tym wszystkim na razie, przyznam szczerze, zupełnie przerasta, a mianowicie bycie kulinarnym fotografem. Uwierzcie albo nie, ale w pamięci swojego aparatu mam 268 zdjęć mojego blogerskiego debiutu (pesto trapaese) i 246 fotografii kanapki z kozim serem! Słowo honoru!

Już przy pierwszym podejściu do sprawy, ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu odkryłam, że jedzenie nie lubi, a wręcz nie znosi flesza. Próbowałam z lewej, z prawej, z góry i z boku. Porażka na całej linii. Pesto obrobione lampą błyskową prezentowało się na zdjęciach jak blada, obślizgła i w żadnym wypadku do pesto nie podobna mazia. Rodzina sobie wprawdzie bardzo chwaliła, ale sto zdjęć poszło do lustrzankowego kosza. Usiadłam, zadumałam się, zasępiłam i co zrobić - z bólem wyciągnęłam instrukcję obsługi mojego Nikona. Z wielkim bólem, bo "Biesy" Dostojewskiego to w porównaniu z tym dziełem ulotka.

Po długiej i wytężającej lekturze nauczyłam się ustawiać czasy, przysłony i migawki, balansu bieli, dobierać głębię - krótko mówiąc przeszłam z funkcji automat na (bardzo wciąż niedoskonały, wiem) manual, który umożliwia fotografowanie w naturalnym świetle, bez masakrowania potraw fleszem.

Ponieważ po całym dniu spędzonym w "Panoramie" do domu dobijam dopiero po 20, naturalne światło szlag trafia. Ubiegłotygodniowe blogowanie przepadło więc z kretesem z przyczyn obiektywnych. Miałam nadrobić zaległości podczas czterodniowego służbowego wyjazdu, na który zabrałam komputer, aparat fotograficzny, a nawet mały statyw. Po rozpakowaniu sporej, a raczej monstrualnej wielkości walizki (nie potrafię się “ekonomicznie” pakować, z domu zawsze wyjeżdżam z niemal całym dobytkiem) i po ustawieniu obok siebie lustrzanki, statywu, laptopa i sześciu par butów (z których pięć , jak zwykle, w ogóle nie opuściło hotelowej szafy), okazało się, że brakuje kabla do zrzucania zdjęć z aparatu na laptop. Tak oto w zarodku poległo moje wyjazdowe blogowanie.

Mam nadzieję, że okażecie wyrozumiałość, zwłaszcza, że dodatkowo zajęta byłam intensywnym wygryzaniem Magdy Gessler z jej kulinarnej rubryki w "Newsweeku", o czym doniosło opiniotwórcze pismo “Na Żywo”, a za nim plotkarskie portale. Na razie wygryźć Magdy jeszcze mi się nie udało, ale o postępach w tej dziedzinie obiecuję informować Was na bieżąco. Nawiasem mówiąc, po wielu latach spędzonych w mediach, a co za tym idzie chcąc nie chcąc również na okładkach rozmaitych tabloidów, wciąż nie mogę wyjść z podziwu nad technologią pisania tekstów w kolorowej prasie. Siada taki “autor” do komputera i pisze co mu tam fantazja dyktuje? Skąd on czerpie swoje newsy? Z kosmosu? Nigdy nie było pomysłu, abym cokolwiek pisała dla "Newseeka", z przyczyn , jak sądzę oczywistych. Magdę znam i uwielbiam, a jej felietony kulinarne czytam z dziką przyjemnością.

Tyle o fantasmagoriach kolorowej prasy. Skupmy się na tym, co tu i teraz. A tu i teraz są najpiękniejsze, najsłodsze i najbardziej pachnące truskawki pod słońcem. Gdzie tam hiszpańskiej szynce joselito do naszych polskich, krwistoczerwonych królowych. Muszę przyznać, że nie jestem wielką wielbicielką owoców, ale na punkcie polskich truskawek mam niezmiennie solidnego bzika. Jak i na punkcie białej czekolady :)


Ostrzegam tych, którzy są wiecznie na diecie, że wchodzimy w mocno ryzykowne rewiry. Trudno oprzeć się wrażeniu, że samo czytanie przepisu na sernik z białej czekolady z truskawkami tuczy. Ale przecież nie będziemy tego piec codziennie, prawda? Zwłaszcza, że truskawki niedługo będą pieśnią przeszłości, korzystajmy więc póki się da i podarujmy sobie trochę słodyczy.


Potrzebne nam będą:

1/2 kg białego sera na sernik lub serka Philadelfia (ten drugi nadaje sernikowi nieco delikatniejszy smak)
4 jajka
400 gramów białej czekolady
200 mililitrów gęstej śmietany (36 procent)
laska wanilii lub pół torebki cukru waniliowego (broń Boże nie używać aromatu waniliowego - 100 procent chemii i mało wyszukany smak)
7-8 herbatników z pełnoziarnistej mąki (ja używam LU Digestives)
łyżka masła
truskawki
trochę białej czekolady do starcia na gotowy sernik


Ser ubijam mikserem na puszystą masę, dodaję jajka i dalej miksuję, aż wszystko się połączy i dodaję śmietanę 36 proc. Laskę wanilii rozkrawam wzdłuż i nożem wydłubuję ziarna, dodaję do masy (alternatywnie wsypuję cukier waniliowy). Rozpuszczam czekoladę w bain marie (mniejszy rondel wkładamy do nieco większego, w którym wrze woda - wystarczy, że mniejszy garnek będzie tylko nieznacznie w niej zanurzony) i po uzyskaniu gładkiego kremu dodaję do masy sernikowej.


Teraz najlepsza część: nie trzeba robić ciasta! Spód dzięki małemu oszustwu robię w okamgnieniu:). Wystarczy włożyć herbatniki do torebki foliowej, ugnieść ręką i wysypać na uprzednio wysmarowaną masłem formę do tart albo tortownicy o średnicy 27 cm. Gotowe!

Do tak przygotowanej formy wlewam masę i wstawiam na 50 -60 minut do piekarnika nagrzanego do 150 stopni. Czas zależy od pieca, więc trzeba sprawdzać: po ok. 45 minutach nakłuć wykałaczką, jeśli będzie sucha - gotowe.

Teraz nadchodzi czas na test moich nerwów. Niestety sernik z białą czekoladą musi sobie odpocząć. Co najmniej dwie godziny. Żeby mnie nadto nie korciło pojechałam na targ po składniki potrzebne do następnego wpisu i odebrałam dzieci ze szkoły. Po powrocie czekał na nas ON: sernik doskonały. Dalej już wiecie, co robić: szybko wrzucamy na jej sernikową wysokość truskawki i oprószamy wiórkami białej czekolady. Bardzo, bardzo smacznego i do następnego!

Ściskam :)

PS.

Blogowanie, a ściślej fotografowanie udziela się rodzinie. Moje nowe zdjęcie profilowe (zmieniłam je zgodnie z Waszymi sugestiami) jest dziełem mojej 13-letniej córki Julki, a fotki gotowej już tarty zrobiła moja 11-letnia Ania, która jest zapalonym fotografem-amatorem:)


Chcesz dostawać info o nowych wpisach?

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Hanna Lis

PROMOWANE

  • Dwa widoki

    Homo malcontentus i Homo optymictus czytaj więcej

  • Wychowaliśmy takie pokolenie mężczyzn

    Wsiadłam kilka dni temu do pociągu. - Przepraszam pana, czy mógłby pan pomóc mi włożyć walizkę na półkę? Walizeczka mała na jeden dzień, ale jednak, dla mnie i wysoko i stoi obok mężczyzna... - Nie. Mam chory kręgosłup. Ani przepraszam, ani pani wybaczy… Nic. Wcześniej włożył swoją wielką walizę bez wysiłku. Wstała obok siedząca pani i powiedziała:- Pomogę pani. Wzięła moją walizkę zanim zdążyłam zaprotestować i wrzuciła na górną półkę. czytaj więcej

  • Nie wrzucajcie mnie do jednego worka!

    Długo zbierałem się do tego wpisu. Wolałem jednak poczekać i sprawdzić, jak rozwinie się sytuacja. Od kilku dni obserwuję spektakl pod tytułem „strajk matek dzieci/osób niepełnosprawnych w Sejmie”, na którym korzystają wyłącznie politycy. Wbrew słowom organizatorów, nie pomaga on społeczności ludzi chorych, a wręcz im szkodzi. Nie chcę być – a z tego co wiem, moi znajomi również – wrzucany do jednego worka z obywatelami okupującymi Wiejską. czytaj więcej

  • Prawdziwy. Prawdziwszy. Trup

    W PWN-owskim podręczniku dla ośmiolatków znalazłam wierszyk: „Katechizm polskiego dziecka”: Kto Ty jesteś? Polak mały (...) Coś jej winien? Oddać życie. I tak dalej …. Wierszydło zostało napisane około roku 1900 przez Władysława Bełzę. Drugorzędnego poetę, mocno na wyrost nazywanego piewcą polskości. Naiwny, drażniący ucho tekścik od ponad stu lat jest narzędziem indoktrynacji i prania małych mózgów. Bo, jak inaczej nazwać (w XXI wieku) przekonywanie, że ośmioletnie dziecko rośnie po to, by oddać życie za kawałek ziemi? czytaj więcej